![]() ![]() |
||
|
W tym czasie i poza czasem I. W tym czasie i poza czasem Skończeni i śmiertelni, przyodziani w konkretne i jednoznaczne powłoki siadamy i werbalizujemy po swojemu miłość nienawiść do Boga. Szale tych pojęć przechylają się i mieszając zachodzą na siebie jak dwa płyny do płukania kolorowych tkanin kiedy dobrze potrząsnąć. Każdy z nas ma wystarczająco dużo czasu, żeby zorientować się gdzie jest, przy czym od tej reguły są żartobliwe wyjątki w postaci wątróbek z embrionów i sznycli z noworodków, najczęściej w czasie wojennych zawieruch. Miłość nienawiść to instrument, który sprawia, że biegnie się w chwale co chwila się potykając. Bóg w swojej nieskończonej miłości nienawiści podstawia nam nogę dodając kurażu dodatkowym kopniakiem. Jednocześnie sprawdzana jest nasza wytrzymałość i zdolności adaptacyjne. Sprytny instynkt życia każe nam się do niego przywiązać i wyrażać wdzięczność stwórcy za nasze cudowne istnienie. Odbywa się to w rajskim świecie wody z mydłem, drażetek na trawienie, iluminacji wschodów i zachodów słońca, choć czasami brak jest drażetek na trawienie, ponieważ brzuch nic nie trawi i brak nawet wody, iluminacje słoneczne pozostają jednak dla wszystkich jednakowe, może chodzi o to, żeby to było jednak zawsze widowiskowe. Szare dżdżyste świty w lepiance górniczej, złote popołudnia w dolinie Eldorado, deszczowe poranki na polowaniu w hrabstwie Kent czy powolne zdychanie wśród piasków pustyń oraz gruzów bombardowanych miast. Niektórzy wskutek fatalnego usytuowania geograficznego wiją się więc krótko i giną niczym muchy jednodniówki. Innym zresztą, którym przypadło dłuższe istnienie, można zawsze zgotować jakieś piekiełko. My też lubimy oglądać te same sceny widowiskowe. Sztuka obrazu powala więc nas na kolana w świątyniach konsumpcji obrazu, jeżeli tylko mieszkamy w mieście, choćby powiatowym, lub mamy dostęp do kieszonkowego na autobus tam i z powrotem, o ile mieszkamy w miejscu gdzie istnieje pojęcie transportu, najlepiej w pozytywnym sensie, i jakakolwiek kultura obrazu. Ale nawet wtedy kiedy nie ma nic i zdychamy z pragnienia i głodu, i dla nas pozostają iluminacje słońca, o ile nie jesteśmy ślepi wskutek jakiegoś fatalnego w skutkach zbiegu okoliczności. Istnieje jednak miłość transcendetalna, niezwykle uduchowiona w białej sutannie wznosząca się ku niebu i to ona nas czasem wznosi, o ile są możliwości. Można śmiało oddzielić ją od powszechnie w przyrodzie występującej miłości nienawiści. Oczywiście czując ją zarzucamy sobie antropocentryzm i szarpiemy się za pępki, lecz uczucie pierwiastka duchowego usytuowanego tuż nad żołądkiem stoi najwyraźniej w opozycji do świata, który nas otacza. Nienawiścią bowiem zapłodniona jest gleba ziemska. Nienawiść wysysa się z krwią i mlekiem matek. Nienawiść wysysają stepowe kojoty, ludzie i orły. Kolibry, osy i węże. Aligatory i domowe króliki. Życie bulgocze wre bzyczy i skowyczy. Przedstawiciele natury, a później również kultury, w nieskończonej nienawiści zjadają się nawzajem. A wszystko po to, żeby podtrzymać gatunek i władzę. Niektórym nie udaje się utrzymać na powierzchni istnienia, wskutek fatalnego zbiegu okoliczności polityczno-geograficznych. Dotyczy to również szybko przemijających gatunków motyli, teoretycznie bliskich doskonałości. Nie muszą z natury swej mieć dostępu do ogólnego krwiobiegu ziemi, który krąży i wspomaga wiele pozostałych gatunków, przelewa się, wylewa, jest wchłaniany i wysysany. Te rzadkie gatunki zawierają z reguły znikomą ilość wody i żywią się kwiatami, również pozbawionymi krwi. Czasami jednak morze krwi wylewa falą na łąki pełne kwiatów - schronisk i żywicieli motyli. Motyle taplają swe skrzydła w śmiertelnej mazi. Wtedy następuje ich zgon tragiczny i nienaturalny, wszystko odbywa się wówczas o wiele szybciej niż w przypadu pozostałych ocalonych od koszmaru, które beztrosko latają aż do końca tygodnia. Sprytny instynkt życia każe nam się do niego przywiązać i wyrażać wdzięczność stwórcy za nasze cudowne istnienie. Stwórcą jest choćby, aby nie szukać go chwilowo dalej, ktoś śpiący obok, matka samica. Matka samica ma możliwości twórcze. Potrafi wydać na świat nowe autonomiczne życie. Matka ze swym instynktem dawania życia jest szczególnie otoczona miłością nienawiścią, chyba że skrywa się w geograficznie trudno położonych rejonach, gdzie Bogu trudniej jest dotrzeć. Matka najmocniej obdarza swe potomstwo macierzyńską miłością nienawiścią. Matczyne uczucia nie są wydumanym w oparach dymu tytoniowego konstruktem intelektualnym, lecz czystym instynktem, przez co nie można matki samicy obwiniać, lepiej odpłacić jej równie silną miłością nienawiścią. Sznur pępowiny nareszcie przestaje pewnego dnia cisnąć gardziołko małego aniołka diabełka. Orlątko ząbkuje, siada, wstaje, otrzepuje się i wyfruwa z gniazda na niższą gałąź, co uwieczniają kamery i aparaty, niektórzy z tego powodu wydają też huczne przyjęcia. A wówczas pępowina, na której zaschła już pierwsza krew, napina się na całą swą długość. Wyciągnięte u jej końca pisklę ogląda z bezpiecznej odległości wspaniałą iluminację wschodu i zachodu słońca nad światem gdzieniegdzie staplanym we krwi. Matka samica co jakiś czas przyciąga pępowinę, po to żeby zbliżyć niemowlę do piersi, która nas karmi, ubiera i opatula. Matka nie musi myśleć o swojej miłości nienawiści do dziecka, ponieważ czuje ją instynktownie. Podobnie instynktownie u podstaw sensu swojego istnienia czuje nienawiść do boga oraz nienawiść boga do niej. Zwierzęcy instynkt pilnuje jednak jak cerber bram transcendencji, jest to odruch obronny natury. Poczucie instynktu nie przeobraża się w nic wyższego, co by się dało odczuć. Dziecko ssące pierś matki jest nieskończenie ukochane znienawidzone. Dziecko jako przedmiot szczególnej troski i nienawiści jest wynoszone pod niebiosa, gdzie strzelają korki od szampana i błyskają flesze. Dziecko ząbkuje, siada, wypija kawę i wychodzi, jego zębiska są już na tyle silne, że próbują przegryźć pępowinę. Matce samicy sprawia to ból. Czuje tym większą w obliczu straty miłość nienawiść i mówi, marsz do pokoju, masz zabronione wychodzić z domu do odwołania, a skoro gryziesz, obcinam ci kieszonkowe lub palec w zależności od obowiązującej lokalnie tradycji. Pępowiny nie da się jednak odgryźć, gdyż służy ona do stałego kontaktu z dzieckiem jako orbitą krążącą wokół wirującej matki, do końca jej życia, a nawet dłużej. Czasami, już na wstępie, matki wiedzione innym odgłosem natury, pożerają swoje potomstwo lub w lżejszych wypadkach popadają w apatię. Nie robią tego jednak samice przykładne i dbające o swoje małe. Kanapki są dobrze posmarowane masłem i zapakowane w plastikowy woreczek wraz z jabłkiem. Nie po to przeszły cały cykl rozrodczy i ból, żeby teraz zaprzepaszczać w swej paszczy owoc wysiłków, drżeń i omdleń, wstępnie odhodowany. Ten wrzeszczący byt, któremu w błyskawicznym tempie rosną kły i siekacze, jest trzymany krótko na dość szorstkiej w dotyku pępowinie, którą z czasem matka uczy się posługiwać jak lassem. Dobra i przykładna matka umie to doskonale, a przy stałym wysiłku fizycznym umie też doskonale prać, gotować i sprzątać, wszystko wedle standardów ulubionego pisma kobiecego. A także doglądać swego chowu. Celem chowu jest zdrowy dorosły osobnik bez ubytków w jamie ustnej, który pewnego dnia wykluje nowy, podobny byt. Porządna matka Nory stara się z całych sił wychować ją na porządnego człowieka. Dokłada wysiłków, aby wszystko wokół również było porządne i utrzymane jak trzeba. Ścierki i ręczniki są równo poukładane w szufladach, kieliszki w barku przetarte, firany wykrochmalone, podobnie jak obrus i pościel, pod którą Nora sztywnieje w dzieciństwie. To jest życie doczesne. Nora leży w nim nasłuchując. System społeczny nie daje jednak matkom szans na pilotowanie całości. Część ich dzieci siedzi ciągle w fotelu i jest monitorowana, druga jednak część jest nie wiadomo gdzie. Wbite w ścianę oczy nie ujawniają kierunku, w jakim pobiegła reszta. W każdym razie kierunek ten jest niedobry, bo za oknem czai się tyle pułapek w postaci niekorzystnej pogody, bezrobocia i huliganów, że lepiej żeby dziecko siedziało tu w całości nie oddalając się choćby myślą poza kontekst matki, ale dziecko wstaje i mówi, że ma już dziesięć lub dwadzieścia lat i pora się usamodzielnić. Pakuje ubrania oraz rzeczy osobiste i wyprowadza się. Trudno znieść ten obraz, dlatego matka stoi w oknie i pali papierosa za papierosem. Tymczasem przeszłość wygląda tak, że Bóg razi Norę ostrą blachą słońca, centralnie po gałach, jak mówią dzieci. Gdzieś pod płotem broczy krwią mały kociak. Przez las leci sowa z wyłupionym okiem, a dusza małej Nory broczy żółcią. Pamięta dobrze, jak pewnego dnia zamachnęła się z całej siły, by wymierzyć słońcu kopa. Wpadła w poślizg, przewróciła się i zwichnęła sobie kostkę u nogi. - Coś ty zrobiła? – skrzeknęła wypomadowana jak pacynka tapira, zmuszona zerwać się z ogrodowego leżaka. - Chciałam kopnąć w dupę boga – wymamrotała pod nosem Nora. Kiedy wróciły ze szpitala (z nogą Nory w bandażu), tapira spuściła jej klasyczny łomot, na jaki stać wyłącznie praworządnych obywateli. Są to łomoty w nieziemsko wprost profesjonalnym stylu. Mała Nora, która wskutek kaprysu boga trafiła w sam środek stanu Ohio do domu pomalowanego sterylnie białym lakierem, pachnącego środkami czystości i z ogródkiem pokrytym równo przystrzyżoną trawą, modliła się, aby czas leciał, leciał do przodu, by jak najszybciej dobiegła do mety. Mała Nora przestawiała nawet wskazówki zegarków, żeby tylko prędzej biegło, niestety w piekle ogródka w Ohio czas rządził się zupełnie innymi prawami i miał wlec się niemiłosiernie długo, o wiele dłużej, niż mała Nora zakładała w swych najczarniejszych wizjach. Wkrótce urosła na tyle, że zaczęła broczyć krwią, a jej plecy i twarz pokryły się ropnymi zmianami. Gruczoły zaczęły produkować tłusty śmierdzący pot, który zmywała chlorowaną śmierdzącą wodą. Niestety, cykl broczeń uruchomił się na całego i trwał nieprzerwanie aż do dnia, kiedy pojawił się Andy, wraz z pieniędzmi i stałą posadą mechanika przyjęty przez tapirę z owacjami. Andy zabrał się do orki broczącego śliną i krwią rowka Nory. Andy wydzielał przezroczystą flegmę ze swojego kutasa i w czasie orki wrzeszczał pod niebiosa, jednak jego krzyk nie wyrażał żadnego protestu, ani bólu, Andy zresztą, jak się szybko okazało, nie był zdolny odczuwać niczego ani niczego nie umiał widzieć poza pełną miską i sterczącymi cyckami Nory. Jednak był to ktoś, z pewnością był to ktoś, ponieważ ludzie kłaniali mu się w pas, a tapira mizdrzyła się do niego od pierwszego dnia, kiedy zjawił się w ich domu i powiedział, Nora mi się podoba, tak, to ładna i miła dziewczyna, trochę zalękniona i niepewna siebie, ale będą z niej ludzie, wyjdziemy do kina, zabiorę ją na przejażdżkę dżipem, zabiorę ją do cyrku, do zoo, na lody, a w końcu jeśli pani szanowna łaskawie pozwoli, kiedy minie przepisowa ilość obowiązkowych randek, za pani przeproszeniem i błogosławieństwem, zabiorę ją sobie na własność, odciążając panią trochę tym samym, w końcu nie może pani całe życie mieć takiego kieratu z tą niemotą, która, przyznaję, odziedziczyła po pani prawdziwą fortunę w postaci zgrabnych nóg, sterczących piersi i gibkiej kibici, to wszystko oczywiście i tak niewiele w porównaniu z tym, ile ma pani, szkoda, niestety taka jest kolej rzeczy, nie może być inaczej, słowem, mam nadzieję, że pani się na to zgodzi. Tak, tapira cieszyła się, że niemota Nora przejdzie teraz w posiadanie Andy'ego, sama żywiła przecież długo poważne obawy, czy ktoś tę chudą bladą milczącą jak wilk Norę weźmie któregoś dnia w posiadanie, bo sterczy od dziecka po kątach, w szkole idzie jej źle i ma lewe ręce do wszystkiego, naprawdę, Andy, jesteś wielkoduszny i łaskawy, a co do wiktu i opierunku, dostaniecie całe górne piętro. Będę piekła ciasteczka i ucinała kurom głowy na rosół z zapałem i radością byśmy mogli stworzyć wielką, kochającą się rodzinę przy kominku, niech pan spojrzy na moje gibkie ręce, z niejednego garnka one jadły, w niejednych spodniach grzebały (filuterny indyczy śmiech) i niejedną gospodarską robotę wykonać umiały. Ślub zrobię z fanfarami, ubierzemy Norę, pieniędzy na wesele żałować nie będziemy, a potem pod skrzydłem moim ty, Andy, ze swą pensyjką i ona, moje blade i tępe jak wół ale dobre dziecko jedyne żyć będziecie długo i szczęśliwie. Całe skrzydło wam domu wielkiego oddaję i czemprędzej na zapowiedzi zapodaję, rodzinę liczną z Ohio i Kentucky zapraszam by dzień waszego zespolenia świętować móc. Sama niemota Nora to wszak za mało wydawać się może w tej doniosłej chwili, lecz w posagu 4 komplety pościeli wam daję, wazon i ażurowe zasłony oraz pralkę wersalkę i telewizor. W ten sposób Nora stała się dorosła, jej rowek między nogami ryty był odtąd regularnie, za aprobatą najwyższych władz kościelnych, aż pewnego dnia ustało broczenie i Norze zaczął rosnąć z przerażającą szybkością bęben, nogi spuchły, a piersi rozrosły się tak, że nie widziała już podłogi. Andy wracał po robocie, brał prysznic i nie mogąc chwilowo ryć rowka Nory, żłopał piwo nudząc się wieczorami przed telewizorem. Nora robiła ręczną przepierkę lub już rozwieszała jego kalesony, miała przy tym zamknięte oczy i odliczała sekundy, wierząc i wiedząc, że jeszcze trochę, jeszcze odrobinkę i to wszystko musi się przecież skończyć tak, jak się zaczęło. Potem pękata blada Nora leżała godzinami na skrzypiącej wersalce czekając na koniec. Tapira, podniecona jej stanem, skakała koło niej jak kura na resorach, dając jej codzień mnóstwo praktycznych rad, co tam miała pod ręką, czym podzielić się z miotem swym w tych doniosłych chwilach mogła i chciała. Porady dotyczyły czyszczenia srebrnych sztućców, metod parcia, gdy przyjdzie ten moment oraz zabezpieczania się przed następnym miotem przez jakiś czas, zanim przyjdzie czas na następne. Sama, mówiła płaczliwie, została porzucona przez niedobrego nikczemnego Freda, ojca Nory, gdy ta była jeszcze w powijakach, co było wydarzeniem tragicznym, bo kobieta bez męża podpory rodziny i gromadki dzieci nie jest do końca kobietą, choć ona się stara i nosi kupione w dobrej promocji push-upy oraz cienkie nylonowe pończochy w niedzielę i zawsze dobrze dobiera kolor szminki do koloru paznokci, co jednak pomaga w życiu, a czego Nora, uparty osioł, nigdy nie chciała się nauczyć, przez co zawsze wyglądała jak fleja i pozostaje do diabła jedynie dziękować dobremu bogu, że jakimś cudem wpadła jednak w oko Andy'emu, który jest naszym prawdziwym wybawicielem. II. Tv Show Każdy ból da się uleczyć, czasami wystarczy przesunąć szafę od lustra, a czasem kwietnik od okna. Demonstruje nam to na jednym z wykładów i ta wydawałoby się abstrakcyjna czynność przynosi niewiarygodny skutek: lęk badanego mija. Widzimy, że przeniesiony w kąt pokoju kwietnik ożył, otworzył w głębi drewnianego blatu szare, błonkowate oczy, wielkie na całą jego powierzchnię. Cierpiący w domu przedmiot, w którym niekiedy chowa się dusza pokutującego pośmiertnie przodka, czasem pęka wskutek bieżących awantur codziennych, tłumaczy. Niekiedy zaś cierpienia przedmiotów są wrodzone, a co gorsza, zaraźliwe. Transportowane w ten sposób niedole należy usuwać operacyjnie. Twierdzi, że nie słyszał nigdy teorii, jakoby ludzie ludzi unieszczęśliwiali. Jego zdaniem to niemożliwe. Pyta mnie skąd jestem. Nie potrafię mu na to pytanie precyzyjnie odpowiedzieć. Nie chcę się ośmieszyć, wyjść na wiariatkę, mówiąc mu te bzdury, które w odpowiedzi przychodzą mi do głowy. Realność jest obciążona grawitacją i nieodwracalnością. Jedynie wynalezione w snach urządzenia i triki są w stanie pokonać niektóre z fizycznych praw, niestety nie wszystkie. Esencją bytu, czy to na poziomie realności, czy snów, jest jednak ulotność każdej rzeczy. Wkrótce zostaję jego prawą ręką, odkrywajając przed nim tajemnice, o jakich nie słyszały te wszystkie spacerujące wokół nas stworzenia, których sposobu myślenia nie zidentyfikowałam jeszcze. Czytałam o nich dawno temu, kiedy wszystko było inne, w brukowej prasie w dziale reportaże z życia inaczej czy też życie z innej półki jeszcze inaczej. Nie wdaję się z nimi w rozmowy. Mam zresztą swoje sprawy wymagające ciągłych interwencji, nie poświęcam więc innym zbyt wiele uwagi. Wie, że istnieje jakiś niuans w postaci upływu czasu. Nie rozmawiamy o tym, ale staje się to jasne, gdy z szybkością światła, w postaci skondensowanych obrazów, przekazuję mu treści o jakich wiem. Odbywa się to po emisji “ça se discute”, w którym pełen precyzyjnie wystudiowanej empatii konferansjer wyciąga z grupy starannie wyselekcjonowanych dziwolągów historie nie z tej ziemi. Wyświetlając mu na płachcie snu obraz Nory i jej matki, który razu pewnego ku mojemu zdumieniu nadała telewizja, trącam go delikatnie w ramię: kiwa ku mnie porozumiewawczo głową: domyślam się. Widzę ten niuans. Czy wiesz, z czego pisałem moją habilitację? Z niuansów, moja droga. Tam skąd przychodzisz, też są zapewne ludzie, którzy rozumieją wszystko bez słów? Zwraca mi uwagę, że komunikacja telepatyczna oraz empatia w rzeczywistości, w której tkwię, kiedy myślami wybiegam z sali badawczej lub w ogóle znikam z kampusu, są niezwykle ubogie wskutek szeroko rozwiniętej technologii, jaka panuje w świecie reala. Słuchając go rozglądam się po sali wytapetowanej lustrzaną materią. Odbijamy się w niej wśród cierpiących na schizofrenię przedmiotów zagracających laboratorium. Wracamy w końcu do oglądania przezroczy z pamięci telewizyjnej. Ta wielka góra mięsa z farbowanym blond tapirem na głowie to matka Nory. Pomimo przekroczonej menopauzy stara się być w swoim ciasnym pojęciu "fajna" i "młodzieżowa". Jej zwaliste ciało ubrane jest z fantazją: błyszcząca, obciskająca zwały tłuszczu sukienka z podomką w komplecie w deseń z mdłych kwiatków i jaskraworóżowe boty. Twarz ma przypudrowaną przez profesjonalistkę z telewizyjnej ekipy, pod spodem napuchłą od kwasów i zadr tzw. rodzinnego dramatu, jaki rozgrywa się pomiędzy nią a córką i toczy je robakiem ich własnych deformacji i kontr. Siedzi wciśnięta w studyjny fotel trzymając władczo wątłą rączkę Nory. Ona, szczupła, skołowana, przezroczysta, niemrawa i właściwie obezwładniona pakowanymi w nią barbiturianami, siedzi skrzywiona w jeden wielki esflores. Ma na sobie dżinsy uprane przez matkę w tanim proszku z reklamy telewizyjnej oraz szary obcisły golf, również uprany w tym proszku, pachnący dodatkowo płynem coccolino, który profesor szybko indentyfikuje jako substancję narkotykową niosącą iluzję jakiegoś lepszego, słodszego świata, pochodnej Coehlo i Disney'a, pochodnej snów o Arkadii. Patrzymy na ekran: starannie wyprana, wykrochmalona i wyprasowana chwieje się i zapada w fotelu, podtrzymywana przy życiu jedynie za pomocą władczego wzroku matki. Pomiędzy młodzieniaszkowatą, skłonną do zabaw przy grillu na świeżym powietrzu oraz do tańców w rytmie ckliwych piosenek na wieczorkach zapoznawczych w licznych, odwiedzanych co sezon tanich kurortach wczasowych matką a jej wychudzoną, ogłupioną chemią córką zachodzi co najmniej potrójne wiązanie, mówi słuchając wywiadu z nimi. Historia jest niezwykle prosta i nie ona przecież stanowi podstawę dramatu, o czym nie wie ani prowadzący, ani skandująca na znak dany przez konferansjera publiczność. Widzowie myślą, że chodzi tylko o to, co się mówi. Owszem, to co się mówi o tym co się stało odgrywa ważną rolę, ale to tylko jedno z wiązań. Otóż córka matki-kilera, na codzień czyszcząca porcelanę wyeksponowaną obficie w regałach, jak również układająca stosy bielizny w równe kolumny w szafach i w komodach, okociła się szczęśliwie i w kilka miesięcy po tym wydarzeniu kupuje wannę, zdaniem matki o wiele za dużą, w której wbrew instrukcji obsługi i opisom można jej zdaniem utopić dziecko. W sprawie wanny matka suszy córce głowę, ale nie jest to nic szczególnego, ponieważ suszy jej głowę jeszcze miliardem innych drobiazgów. Feralnego dnia córka kąpie swoje niemowlę w wanience, gdy nagle rozlega się dzwonek u drzwi. To Andy. Córka zostawia w wanience swe pięciotygodniowe szczenię i idzie otworzyć. Wraca po kilku sekundach, dziecko już nie żyje, nałykało się za dużo wody i leży martwe na dnie wanienki. Opowiada o tym matka, córka mówi tylko, że nie pamięta, że nic nie pamięta, z jej oczu płyną krokodyle łzy. Spływające równym rządkiem łzy lśnią w światłach telewizyjnych reflektorów. Temat programu: jak bardzo i jak długo można czuć się winnym. Otóż całe życie, mówi prezenter obsypany dyskretnie brokatem do rozświetlania zębów, całe życie, bo kiedy się kogoś zabiło, czas przestanie płynąć, a człowiek wpada w ogromną czarną dziurę w której kręci się jak w wirówce. Minęło już 10 lat, córka wkrótce po śmierci pierwszego miotu zachodzi w ciążę i koci się jeszcze dwukrotnie żeby zabić napływające strach i rozpacz. Nowe kocięta przynoszą niejaką ulgę i oderwanie od kontekstu starej matki-tapiry. Tapira przejmuje jednak wkrótce kontrolę nad nowym miotem córki, która obwiniana przez nią codziennie, po 10 latach traci możność zawiadywania swym życiem samodzielnie. Jej matka, która znowu jest babcią, ale nie ma nic z babci, bo jest jedynie podstarzałą lecz pełną werwy matką, zagarnia pod swoje skrzydła małe pisklęta swego kalekiego i coraz bardziej autystycznego kocięcia. Jej pierworodne kocię jest tak nieszczęśliwe, że w trwodze przepycha się między skrzydełkami i wtula pod śmierdzącą olejem rycynowym pachę wielkiej starej kury. Raz dziennie kura wyciąga spod skrzydeł swe pierworodne kocię i mówi, nie upilnowałaś, Nora, nie upilnowałaś. Jesteś złą matką, nie nadajesz się zresztą już do niczego w twoim stanie, popatrz jakie masz bezwładne kończyny, jaki wilczy wzrok, płacz dziecko, płacz, podziwiam cię, że jeszcze umiesz żyć, to wielka odwaga zabić dziecko i żyć dalej. Nie obwiniam cię, żyj dalej, żadna kura nie chce śmierci swego kocięcia, ni szczenięcia, wiesz że cię kocham, nie chcę cię ranić, ale wiesz sama, wielka jest wina twoja. Jest wstrząśnięty. Marszczy czoło, mówi w końcu, ależ to dziecinnie proste, wystarczy usunąć starą, ogłupić ją tabletkami na sen, następnie sprzątnąć zwłoki za pomocą choćby prostego kuchennego tasaka do mięsa. Pokroić w kawałeczki i na rozgrzaną patelnię, nie zapomnijmy o czosnku, lub w ciągu miesiąca w kawałkach do lokalnej rzeki pod osłoną nocy. Boże, dyrektorze czy też sponsorze, kimkolwiek pan jest, czy sądzi pan, że ta biedna, nieszczęśliwa roślina, która patrzy w kamerę jak wilk, mogłaby jeszcze odetchnąć, cieszyć się życiem?- pada z ekranu pytanie od suto opłaconego konferansjera. Oczywiście, mówi. W tej chwili żyje w bani bez tlenu, napełnionej jedynie uspokajającymi mieszankami, odcięta od swych kociąt, które rodziła w egzystencjalnej trwodze i w bólu, żeby na powrót uzyskać względy tapiry i tapira zagarnęła je pod swoje skrzydła, kocięta mówią do niej zresztą "mamo", nie odzywając się wcale do wilczycy, którą traktują prawdopodobnie jako zwykły reproduktor. Rozlegają się brawa. Rozbłyskują wirujące reklamy. Po reklamach podali nam materiały uzupełniające: rysunki Nory z dzieciństwa. Obraz matki zajmuje trzy czwarte kartki papieru. Matka jest produktem mięsno-mlecznym, zwalistym buddą z wykrzywionymi zębami. Skuła łańcuchem swego maleńkiego, milczącego męża chuderlaka-pantoflarza i Norę, córkę swą, cierpiącą już wówczas na bulimię (plamy rzygowin na bluzce), dziewczynkę o bladej, przezroczystej twarzyczce więźniarki. Potem zasnął i zachrapał głośno.
|
||
|
|
||